#1 "The Secret Diaries of Miss Miranda Chever", J. Quinn


Czy zdarzyło wam się kiedyś przeczytać książkę, która była — można rzec — "tak zła, że aż dobra"? Gdzie nie popieraliście bohaterów, nie okazywaliście im ani krzty sympatii, dziury fabularne rosły z każdym rozdziałem... a mimo to historia sprawiała Wam frajdę? Nie tyczy się to tak naprawdę tylko książek; niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie oglądał z zainteresowaniem starych (jak to dziwnie brzmi) seriali obfitujących w wampiry, dramaty rodzinne pokroju wieloletniej telenoweli i trójkąty miłosne — albo raczej kąty, jeżeli weźmiemy pod uwagę nową definicję. Tak, w moim przypadku były to Pamiętniki wampirów, i niczego nie żałuję.

Swój pierwszy post na pełnoprawnym (?) blogu chciałabym zacząć właśnie od takiej opowieści, przeczytanej już jakiś czas temu. The Secret Diaries of Miss Miranda Chever jest jednym z elementów mojego gwiazdkowego kalendarza książkowego (z tej strony pozdrawiam Klaudię, swoją siostrę!), przeznaczonym na luty. Życie, praca magisterska oraz prokrastynacja sprawiły, że książkę skończyłam w połowie marca, ale to na pewno nie ujmuje jej jakości. ;-) Z tej strony warto zaznaczyć, że powieść czytałam "w ciemno", znając jedynie opis z tyłu okładki oraz kojarząc Julię Quinn jako autorkę Bridgetonów, przy czym znajomość serialu ograniczyła się u mnie do poszczególnych scen. 

Skróconą wersję recenzji możecie znaleźć także na LubimyCzytać!

Ostrzegam także przed możliwymi spoilerami; o ile unikam wspominania określonych sytuacji, tak ciężko jest mi się wypowiedzieć o niektórych elementach przez wspominania poszczególnych motywów.

Opowieść rozpoczyna się od prologu osadzonego dekadę wcześniej. Tytułowa bohaterka, Miranda, w wieku 10 lat zakochuje się w Turnerze — starszym bracie swojej najlepszej przyjaciółki, Olivii. Sam Turner ma wówczas lat 19 i z zachowania faktycznie przypomina takiego typowego starszego brata znajomej osoby, który zawsze powie "cześć" i będzie milszy niż zwykle. To dobre podwaliny dla dziecięcego zauroczenia, które Mirandę inspiruje do prowadzenia dzienników. Jej pierwszy wpis głosi: "Today, I fell in love".

Dekada mija Mirandzie na wypełnianiu kolejnych dzienników, z każdym wpisem podkreślającym jej niegasnące uczucia. Turner w międzyczasie zdążył się ożenić, zyskać przyprawione rogi i zostać wdowcem po kobiecie, która zabiła w nim wszelkie dobro. Tutaj zaczyna się właściwa akcja książki, podczas której Miranda usiłuje "naprawić" złamanego Turnera; on sam z kolei nie jest pewien, jakimi uczuciami darzy naszą protagonistkę. Jednego dnia widzi w niej przybraną siostrę, a następnego zaczyna jej pożądać. I nic pomiędzy.

And then, the plot thickens...

Początkowe rozdziały nieco mi się dłużyły, bynajmniej nie z winy stylu pisania — The Secret Diaries... są tak napisane, że naprawdę przyjemnie się przez nie brnie mimo "nowinek" w słownictwie (rzekomo typowych dla twórczości Quinn). Większy dyskomfort sprawiała mi różnica wieku między głównymi bohaterami oraz fakt, że miłość Mirandy to tak naprawdę klasyczny childhood crush, którego życie nie miało szansy zweryfikować.

Kiedy jednak przebrnęłam przez niezręczny etap spotkania po latach i pierwszego "kim onx dla mnie jest?", zaczęłam szczerze czerpać radość z lektury; do tego stopnia, że ta różnica dziewięciu lat zaczęła się zacierać. Między Mirandą a Turnerem dochodzi do ciekawego (i niekiedy zabawnego) banteru oraz uroczych sytuacji, które pozwalają czytelnikowi dostrzec iskrę w ich relacji. Może z Turnera jednak będą ludzie? Może Miranda zdejmie różowe okulary i jeżeli już, to uczucie między nimi powstanie na innych zasadach? Ot, takie pytania zadawałam sobie podczas lektury. Oczywiście, ponieważ akcja dzieje się w XIX wieku, a między bohaterami jednak istnieją różnice inne niż wiek, przez karty powieści przeplata się widmo Olivii oraz reszty rodziny podkreślających braterski stosunek Turnera wobec Mirandy.


Czar pryska mniej-więcej w momencie padnięcia pierwszej poważnej deklaracji. Od tego momentu fabuła niemiłosiernie przyspiesza, a liczne przeskoki w czasie tworzą dziury w zrozumieniu relacji. Co więcej, zarówno Miranda, jak i Turner — w większości Turner — popełniają decyzje, przez które nie potrafiłam im kibicować. Nie ma ani jednej chwili wytchnienia od dram, problemów i fochów, nierzadko możliwych do rozwiązania przez szczerzą rozmowę, do której nigdy nie dochodzi. 

Sporo osób w swoich recenzjach napomina także, że między Mirandą a Turnerem istnieje zbyt duża przepaść pod względem respektu. Wielu odniosło wrażenie, jakoby Turner nie traktował Mirandy jak równej  sobie — o ile osobiście nie zauważyłam czegoś takiego (od okolic 150 strony zaczęłam się z tych dziur w fabule po prostu śmiać), warto zwrócić na ten aspekt uwagę.

Jednocześnie, ponieważ nie miałam żadnych oczekiwań względem romansu czy fabuły, przez całą resztę lektury dobrze się bawiłam — śmiałam się z absurdu niektórych sytuacji w ostatniej 1/3 historii, a samo zakończenie (dość przewidywalne) przyjęłam z przymrużeniem oka. Powtórzę się w tym momencie, ale styl pisania Quinn odwalił tutaj kawał dobrej roboty. Dzięki niemu opowieść o Mirandzie stanowi naprawdę przyjemny kawałek literatury. Niekoniecznie  ambitny, ale — jeżeli traktowany z odpowiednią dozą dystansu — przynoszący rozrywkę.

Na koniec przyczepię się jeszcze tylko do tytułowych pamiętników — ich praktycznie w ogóle nie doświadczamy. Dzienniki Mirandy ograniczają się do krótkich wstawek pod koniec każdego rozdziału, nie stanowiąc jednak żadnego ważniejszego punktu fabularnego.

...

Przepraszam, mamy przecież tę piękną końcówkę, gdzie Turner na pierwszy wpis Mirandy reaguje słowami: Me too, my love. Tak jakby faktycznie kochał Mirandę od dnia, kiedy miała 10 lat i właśnie pobiła się z inną dziewczynką o kokardkę.
Good Lord...

Komentarze