#2 "Do zakochania jeden urok", L. Skrzydlewska
Recenzjowaniem książek na Instagramie zainteresowałam się akurat w momencie, kiedy prym wiodły romanse w każdym tego słowa znaczeniu. Mieliśmy powieści z Wattpada wydane na papierze, romanse z gatunku fantastyki oraz obyczajówki z kolorowymi okładkami i nierzadko angielskimi tytułami. Nie chcę się tutaj rozwodzić na temat ich jakości czy wartości merytorycznej — mogę powiedzieć tylko tyle, że kilka razy dałam tym książkom szansę i prawie za każdym razem kończyłam albo rozczarowana, albo pozostawiona bez szału. Było to jeszcze przed zakupem czytnika i Legimi, dlatego większość z tych książek kupowałam i sprzedawałam później za 18 zł na Vinted. Jednocześnie bałam się napisać cokolwiek skrajnie krytycznego i gaslightowałam się do chwalenia takiej Colleen Hoover, jednocześnie nazywając to "poszerzaniem horyzontów" (czy też "wychodzeniem ze strefy komfortu"). 💔
Dlatego sceptycznie podeszłam do tematu dzisiejszego postu. Do zakochania jeden urok zauroczyło mnie prześliczną okładką oraz magicznymo motywami w fabule; jednocześnie byłam świadoma faktu, że autorka jest w dużej mierze znana z romansów, a ja bałam się przysłowiowej powtórki z rozrywki. Całym szczęściem, książkę znalazłam na Legimi i z ciekawości pobrałam jako lekturę na przejażdżki autobusami. I muszę Wam powiedzieć — bardzo miło się zaskoczyłam.
Jak zawsze, będę starała się unikać spoilerów — mogę jednak wspominać o niektórych elementach fabuły!
Wyobraźcie więc sobie, że urodziliście się w magicznej rodzinie. Całe dzieciństwo i nastoletnie lata spędzacie w otoczeniu magii... i jednocześnie nie chce mieć z nią do czynienia. Wybieracie studia daleko od domu, a po ich zakończeniu wracacie, by podjąć normalną pracę, bez ułatwiania sobie życia codziennego czarami. Tak właśnie wygląda życie Margo. Urodzona w magicznej rodzinie McKenzie, postanowiła zrezygnować ze szkolenia i wieść życie zwykłego człowieka; na tyle, na ile to możliwe przy magicznych ciotkach, oczywiście. Wszystko wywraca się do góry nogami w momencie, kiedy Margo — w ramach pijackich żarcików z przyjaciółką — wyczarowuje sobie mężczyznę marzeń.
Historia na dobrą sprawę rozpoczyna się całkiem przewidywalnie. Poznajemy trochę Margo i jej codzienność, aż w końcu przechodzimy do pamiętnego wieczoru, po którym w Inverness pojawia się Theo. Mężczyzna idealny wprowadził się, ku irytacji Margo, do posiadłości Marshallów — wymarzonego domu protagonistki, który od lat stoi niewynajmowany. Margo to jednak nie jedyna McKenzie rozdrażniona sytuacją; jej ciotki i babcia są wyraźnie zaniepokojone nowym lokatorem.
Okładka, opis oraz wszystkie inne znaki na niebie wskazują, że Do zakochania jeden urok to romans ubrany w czapkę czarodzieja. Z jednej strony spodziewałam się, że to on będzie dominującym elementem fabuły, a z drugiej — szkoda mi było świetnie wykreowanej rodziny McKenzie. Fakt, że historia w większej mierze skupia się na głównej bohaterce, jej krewnych oraz walce z nieznanym był dla mnie przemiłym zaskoczeniem. Książkę pochłonęłam w kilka dni (co dla dojeżdżającej od piątej rano studentki jest świetnym wynikiem :D), robiąc dramatic gasps za każdym razem, kiedy fabuła zmieniała swój obrót.
Oczywiście sam wątek romantyczny istnieje i wraca do nas co drugi rozdział, jednak rozwój relacji między Margo a (niespodzianka!) Theo wydaje się być całkiem płynny mimo stosunkowo krótkiej znajomości. Szczypty niepewności dodaje cały aspekt magii oraz pytanie, czy Theo naprawdę istnieje? A może rzeczywiście powstał z magii, wraz z całą historią życia? I jakim cudem zainteresował go akurat okryty złą sławą dom Marshallów? Odpowiedzi na wszystkie pytania poznacie, oczywiście, podczas lektury.
Żeby jednak nie było zbyt idealnie, mamy kilka wątków i chwil, w których zadawałam sobie pytanie: "Co tu tak naprawdę ma miejsce?". Na pierwszy ogień muszę wspomnieć o Willow, czyli kuzynce Margo wykreowanej na coś w rodzaju jej rywalki. Willow jest przerysowana aż do bólu w swoich chwilach wredoty, przez co czułam się, jakbym miała do czynienia z kreskówkowym złoczyńcą. Podobnie ma się wątek trójkątu miłosnego — albo raczej kątu miłosnego według najnowszej definicji. Theo bowiem nie jest jedynym kandydatem do serca Margo; oprócz niego istnieje także Ross, czyli przystojny osiedlowy weterynarz. Sam kąt w sumie nie do końca mi przeszkadza; większy problem mam z jego zakończeniem, które tak na dobrą sprawę nigdy nie wystąpiło. Ryzykowałabym ogromne spoilery dalszą gadaniną o Rossie, dlatego powiem tylko tyle, że jego wątek urywa się dosyć nagle i nigdy nie zostaje we właściwy sposób wyjaśniony.
Pozostaje także kwestia trigger warnings, czyli dosyć kontrowersyjnego, mam wrażenie, wątku we współczesnej literaturze. Przyszło nam żyć w czasach dużej świadomości, jeżeli chodzi o szkodliwe wątki; osobiście nie dziwi mnie widok listy ostrzegawczej z wątkami, które mogą wywołać u czytelnika dyskomfort. Do zakochania jeden urok z pewnością skorzystałoby na takiej liście — podczas historii nie brakuje scen, które wprawiły mnie w negatywne osłupienie... No dobrze, tak naprawdę mam na myśli jedną scenę, jednak swoje zdanie utrzymuję. Mimo uroczej okładki, opowieść o Margo bywa mroczna w stylu, którego nie doświadcza się zbyt często w romansach.
Odsuwając jednak wady na bok, Do zakochania jeden urok było kawałkiem świetnej rozrywki, która przerosła moje oczekiwania. Jeżeli jesteście w nastroju na jakiś romans i jednocześnie wolicie magiczne wątki — polecam jak najbardziej!

Komentarze
Prześlij komentarz