"Life is Strange: True Colors", czyli o odkrywaniu emocji


Life is Strange (2015) było grą, która poniekąd ukształtowała moje nastoletnie lata... nawet jeśli początkowo nie miałam możliwości w nią zagrać. Moje pierwsze doświadczenia ograniczały się do oglądania let's playów oraz zaczytywania się w tumblrowych teoriach. Niemniej jednak zaimponował mi sposób, w jaki twórcy poruszyli tematy nastoletniego życia — często dalekie od idealnego obrazu "amerykańskiej szkoły dla młodych talentów" — przy wykorzystaniu prostej grafiki oraz muzyki indie, która do tej pory towarzyszy mi w kilku playlistach. Swoje własne LIS experience przeżyłam półtora roku temu, na laptopie ufundowanym przez stypendium. ^^'' Jednocześnie za ciosem udały się prequel oraz DLC.

Historia Max i Chloe, choć nie jest pozbawiona wad, otworzyła wiele drzwi oraz przeszła poniekąd do klasyki młodzieżowych gier. W międzyczasie zaczęły powstawać nowe historie w podobnym brzmieniu, w tym Life is Strange 2 (2018). Kawa na ławę, grę mam kupioną od paru ładnych lat, ale jakoś tak nigdy się za nią nie zabrałam... sama nie wiem, z jakich powodów. Może po części dlatego, że nie jest to już opowieść o postaciach z oryginału; a może przez wzgląd na brak ikonicznego cofania czasu? Bo przecież właśnie to sprawiło, że Life is Strange było wyjątkowe — gracz miał możliwość przeanalizowania każdej decyzji dokonanej przez Max.

Za True Colors, czyli w teorii trzecią część serii, zabrałam się w ramach subskrypcji na X-Boxie narzeczonego (pozdrawiam, glonku 💚). Ostatecznie okazało się, że gra wkrótce zniknie z listy, dlatego po kilku dniach została moim prezentem urodzinowym — i szczerze mogę powiedzieć, że zasłużyła sobie na miano comfort game. Tak, to była moja jedyna cecha osobowości przez najbliższy tydzień, ten fakt nie zmieni się przez kolejne dwa i niczego nie żałuję.

Update: Post zaczęłam pisać 24.04, dzisiaj mamy 28.04, a ja dalej nie mam innej cechy osobowości. Dajcie mi jeszcze parę dni.

Zacznijmy jednak od początku, bo przecież to ma być recenzja... albo raczej luźny post. Jak zwał, tak zwał.

Wcielamy się w postać Alex Chen. Alex to 21-letnia dziewczyna, która jak przystało na Life is Strange, posiada supermoce: widzi emocje innych ludzi. W momencie rozpoczęcia historii, aury ograniczają się do negatywnych uczuć — smutku, strachu czy też złości. W byciu empatą istnieje pewien haczyk; im silniejsze emocje, tym gorzej oddziałują one na Alex, co w połączeniu z nieszczęśliwymi nastoletnimi latami tworzy ogromny bagaż emocjonalny. No pun intended.

Wtedy jednak protagonistka znajduje światło w tunelu pod postacią Gabe'a, czyli swojego starszego brata, którego nie widziała od ośmiu lat. Gabe zaprasza Alex do Haven Springs — niewielkiej acz malowniczej miejscowości w Kolorado, gdzie rodzeństwo będzie mogło zacząć od nowa.

Ponieważ gra opiera się na pewnym wydarzeniu z końcówki pierwszego odcinka, nie będę w stanie uniknąć spoilerów! Postaram się jednak zawrzeć ich jak najmniej.

Właściwa rozgrywka zaczyna się od przyjazdu Alex do Haven. Pierwsze godziny spędzamy na poznawaniu miasteczka oraz jego mieszkańców, spośród których każdy dołożył cegiełkę do obecnego życia Gabe'a. Wpadniemy na jego najlepszych przyjaciół, partnerkę, przybranego syna — w całym Haven nie ma ani jednej osoby, która nie wypowiedziałaby się pozytywnie na temat naszego brata... no dobrze, z jednym małym wyjątkiem. Gabe wiedzie szczęśliwe życie i nareszcie może w nim mieć dawno zagubioną siostrę.

O Alex na początku nie wiemy zbyt wiele oprócz tego, że jest nieprzyzwyczajona do życia w tak spójnym społeczeństwie. Detale dotyczące przeszłości jej i Gabe'a wychodzą na światło dzienne dopiero w finale — nie jest to jednak jedyne źródło informacji na temat rodziny Chen. Na dzień dobry otrzymujemy dostęp do notatnika Alex, w którym zapisywane są zauważane przez nią emocje, oraz telefonu, gdzie znajdziemy kilka starych rozmów sprzed wyjazdu do Kolorado. Samo Haven Springs posiada swoją własną apkę pokroju Facebooka, z której możemy dowiedzieć się co nieco odnośnie ostatnich wydarzeń — chociażby faktu, że wszyscy lubią wkurzać Ryana.

Do samej Alex przejdę troszeczkę później, warto jednak dodać, że oprócz telefonu i notatek gra pozwala także na zabawę w znajdźki. Max zbierała zdjęcia, Chloe rysowała tagi, a Alex może kolekcjonować wspomnienia — niektóre obiekty są tak silnie nacechowane poszczególnymi emocjami, że możemy wyczytać z nich trwałe uczucia. Mi samej, niestety, nie udało się wszystkiego znaleźć — dlatego wypadałoby kiedyś wrócić do zaliczenia gry na sto procent. :)

Tutaj warto zrobić krótką przerwę z racji, że zaraz przejdziemy do istotnego punktu fabuły, którego znajomość może zepsuć Wam rozrywkę. Sama nie oglądałam żadnych przedpremierowych materiałów, dlatego poniższe wydarzenie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Gotowi?

No to idziemy.



Mimo pięknych kolorów i widoków, pierwszy z pięciu epizodów kończy się tragicznie. W ramach wypadku spowodowanego przez rzekomo odwołaną górską eksplozję, Gabe ginie w wąwozie przygnieciony przez skały. Dalszy ciąg historii ma miejsce już jakiś czas później, kiedy to Alex — wraz z dwójką pomagierów, czyli Ryanem i Steph — próbuje dowiedzieć się, kto dokładnie stoi za wypadkiem. W międzyczasie możemy zżyć się nieco z miastem, nawiązać bliższe relacje, a także rozwinąć nasze moce — do jakiego stopnia, o tym przekonacie się w grze. ;)

Alex jako protagonistka oczarowała mnie bardziej niż Chloe i Max razem wzięte; może przez wzgląd na podobne poczucie humoru (suchary!), a także fakt, że tym razem mamy do czynienia z osobami dorosłymi. Jedną z najbardziej drażniących mnie cech oryginalnego Life is Strange były zachowania zahaczające o bullying wśród uczniów Blackwell Academy — i o ile doceniam szczerą wartość przekazu oraz jego sens w kontekście historii Max, zrozumienie niektórych postaci na późniejszym etapie gry przeszło mi z ogromnym trudem. Taka Victoria przykładowo to osoba skomplikowana, chowająca pod skorupą zainteresowania, które nie wpasowują się w obraz popularnej dziewczyny; niestety, ponieważ na start poznaliśmy ją od najgorszej strony, ciężko było mi ją polubić, kiedy już okazała się być "w porządku". Podobnie sprawa miała się z Chloe, której wybuchowe reakcje w drugim odcinku skutecznie zniechęciły mnie na pierwszy rzut beretem.

True Colors jest zatem pozbawione typowo szkolnych błędów młodości. Owszem, wciąż możemy napotkać mniej przyjazne postacie, jednak moc Alex pozwala na dogłębniejsze poznanie ich motywów. Osobiście kreaowałam protagonistkę na postać empatyczną (no pun intended... again?), potrafiącą wybaczyć oraz zrozumieć; chciałam wykorzystać jej moce jako środek do zrobienia czegoś dobrego, a Haven traktowałam jako okazję do rozpoczęcia od nowa i zbudowania domu, jakiego brakowało jej przez całe życie. Wszystko to ze szczyptą humoru oraz zabawnych tekstów.

"Holy shit, you own a skirt?!" is my personal favorite.

Steph i Ryan, czyli wspomnieni wyżej pomagierowie, także zasługują na uznanie — twórcy odrobili lekcje, jeżeli chodzi o zachowanie towarzyszy. Możemy się z nimi nie zgadzać, ale mimo wszystko będą tu dla Alex, by razem z nią spróbować rozwiązać zagadkę. Samą Steph możemy kojarzyć z prequela Before the Storm, gdzie wówczas była przyjaciółką Chloe z Blackwell zainteresowaną grami D&D, muzyką oraz Rachel Amber. Miło było zobaczyć wśród nowej ekipy znajomą twarz. 💜 

Oczywiście, jak to w prawie każdej grze opartej na wyborach, True Colors nie skąpi nam wątku romantycznego, możliwego do nawiązania z dwójką naszych przyjaciół. Life is Strange co prawda także pozostawiało graczowi wybór, było jednak widać, że tylko jedna z opcji została wzięta pod uwagę kanonicznie — druga to wątek dodany typowo pobocznie, na dodatek z dziurami, które rezultują średnim efektem końcowym. W True Colors obie opcje romansowe są tak samo dobrze rozbudowane, a też nikt się na Alex nie obraża jeżeli zostanie "tym odrzuconym/tą odrzuconą".

Osobiście mimo początkowych planów romansowania ze Steph wybrałam ścieżkę Ryana — ich końcowa rozmowa z drugiego odcinka ostatecznie mnie przekupiła (>///<), jednak wierzę, że obie wariacje są tak samo magiczne. Ja niestety lub stety nie umiem próbować romantycznych relacji z innymi postaciami, bo robię się zbyt sentymentalna (I'm never moving past Garrus Vakarian in ME), ale wierzę, że żadnego wyboru nie pożałujecie!


Jedyną rzeczą psującą ten obraz jest zakończenie. True Colors, bez jakiejkolwiek niespodzianki, opiera się na decyzjach podejmowanych przez Alex podczas gry. Ponieważ nasza moc działa na nieco innych zasadach niż Max, jedyną metodą "pomocy" jest tutaj umiejętność wyczuwania emocji rozmówcy lub tego, jak mogą zareagować. I jak to w LiSach bywa, niektóre wybory są oznaczone jako "ważne" — o czym zresztą sugeruje szara otoczna połączona z cichą lecz intensywną muzyką sugerującą, że to co teraz zrobimy może mieć ogromny wpływ na resztę historii.

Często nawiązuję tu do opowieści Max (sorry not sorry, lubię je porównywać xD), ale pierwsza gra oferowała nam zakończenie na zasadzie "bae or bay". True Colors w teorii posiada sześć zakończeń, w praktyce jednak są to tylko dwa zakończenia różniące się dodaniem osoby, z którą romansowaliśmy lub jej brakiem. Mechanika ostatecznej konfrontacji została mocno uproszczona, ograniczając się do kalkulacji poparcia na zasadzie naszych wyborów — wszystko to pomija logiczne aspekty gry; chociażby stan, w jakim Alex pojawia się na zebraniu. Mam wrażenie, że ostatni rozdział został wykonany na szybko i gdyby tak dać mu troszeczkę więcej uwagi, dałoby się z niego wyciągnąć więcej.

Idealnym przykładem jest tutaj telefon Alex. Przez całą grę mamy dostęp do alternatywnej wersji Facebooka oraz sms-ów, które dopełniają wydarzenia między odcinkami i przy okazji zapewniają źródło do bliższego poznania postaci. Jedno z zakończeń pozwala nam zajrzeć do telefonu na krótką chwilę, by przeczytać wiadomość od obiektu westchnień — i najwyraźniej w ciągu dwóch miesięcy między piątym odcinkiem a zakończeniem w ogóle ze sobą nie pisaliśmy. Naturalnie istnieje możliwość, że Alex i Steph/Ryan byli cały czas razem, ale żeby nawet listy zakupów sobie nie wysłać?

Przy okazji, boli mnie, że żadne zakończenie nie przedstawia pojednania złotej trójcy. Ich przyjaźń jest jednym z moich ulubionych wątków w grze, dlatego dopowiadam sobie wyobraźnią, że pozostali w kontakcie.

Jeżeli jednak pominąć zakończenie wymagające sporej ilości headcanonów, True Colors stało się dla mnie czymś w rodzaju gry-komfortu. Chciałabym jeszcze kiedyś wrócić do Haven Springs, żeby pozwiedzać te malownicze budynki i cieszyć się z prostych aktywności. I tak, pewnie skończyłoby się na tych samych wyborach, ale jest mi z tym absolutnie dobrze. 😎 Chciałabym za jakiś czas zapoznać się także z historią Steph, a kiedy już domęczę swoją pracę magisterską, zabiorę się za dwójkę!

Wszystkie gify pochodzą z tumblra hella-amberpricefield!

Komentarze