"Life is Strange: True Colors", czyli o odkrywaniu emocji
Life is Strange (2015) było grą, która poniekąd ukształtowała moje nastoletnie lata... nawet jeśli początkowo nie miałam możliwości w nią zagrać. Moje pierwsze doświadczenia ograniczały się do oglądania let's playów oraz zaczytywania się w tumblrowych teoriach. Niemniej jednak zaimponował mi sposób, w jaki twórcy poruszyli tematy nastoletniego życia — często dalekie od idealnego obrazu "amerykańskiej szkoły dla młodych talentów" — przy wykorzystaniu prostej grafiki oraz muzyki indie, która do tej pory towarzyszy mi w kilku playlistach. Swoje własne LIS experience przeżyłam półtora roku temu, na laptopie ufundowanym przez stypendium. ^^'' Jednocześnie za ciosem udały się prequel oraz DLC. Historia Max i Chloe, choć nie jest pozbawiona wad, otworzyła wiele drzwi oraz przeszła poniekąd do klasyki młodzieżowych gier. W międzyczasie zaczęły powstawać nowe historie w podobnym brzmieniu, w tym Life is Strange 2 (2018). Kawa na ławę, grę mam kupioną od paru ładnych lat,...